Dlaczego w Wiedniu nie można kupić austriackich kosmetyków?

Niedawno odwiedziłam piękny Wiedeń. Zauroczona klimatem i architekturą jego centrum, przez cały kilkudniowy pobyt wędrowałam po sklepach, szukając austriackich kosmetyków.  Odwiedzałam i drogerie i apteki i z każdą wizytą oczy otwierały i się coraz szerzej ze zdumienia. Otóż o wiele łatwiej kupić w Wiedniu kosmetyki polskich marek niż odnaleźć te austriackie.

Dlaczego? W jednej z aptek powiedziano mi, że najlepsze są te francuskie i niemieckie, więc ich mają pod dostatkiem. W innej obsługa pytała siebie nawzajem, czy konkretne marki są austriackie czy może niemieckie (okazało się, że to drugie). A gdy wreszcie usłyszałam, że istnieje taka marka austriacka jak Styx, okazało się, że ich kosmetyki mogę otrzymać tylko “na zamówienie”, bo “tak mało konsumentów się nimi interesuje, że nie warto ich mieć na stanie”. Nie udało mi się więc ich kupić.

Tylko w jednym sklepie (spośród 20) znalazłam na półkach austriackie kosmetyki marek Susan Kaufmann i Blubonbon.

Zastanowił mnie powszechny brak świadomości rynku kosmetycznego. Nawet sprzedawcy w drogeriach nie wiedzą, czy mają austriackie produkty. Widocznie nie wierzą w swój rodzimy przemysł, skoro obwieszczają turystom, że najlepsze są te francuskie i niemieckie. I faktycznie, raporty pokazują, że rynek został tam zdominowany przez międzynarodowe koncerny takie jak L’oreal, Procter & Gamble, Beiersdorf. Nasuwa mi się tu też pojęcie braku patriotyzmu gospodarczego. Przecież to logiczne, że to nie kraj pochodzenia stanowi o jakości kosmetyku, ale jego skład, prawda?

Wniosek? Rynek kosmetyczny w Austrii ma zupełnie inną strukturę niż polski. Rodzime marki mają tam słabą pozycję i jeszcze słabszą dystrybucję. A tych kilka firm, które próbują to zmienić, stworzyły marki w segmencie kosmetyków naturalnych i eksportują. To silny trend, segment, który rośnie obecnie szybciej niż pozostałe. Pozostaje życzyć im powodzenia!

Więcej zdjęć z mojej sierpniowej wizyty w Wiedniu znajdziecie na moim Instagramie.